piątek, 7 lutego 2014

Loving Strangers ~ Rozdział 2

Witam c: 

    ~ I oto kolejny rozdział nowego opowiadania "Loving Strangers", z którego już na start jest bardzo zadowolona. Mam dużo fajnych pomysłów i chciałabym żebyście przeczytali i skomentowali. Wasza opinia jest dla mnie najważniejsza c: 

     ~ Chciałam bym podziękować El, która jest moją betą i pomogła mi usunąć niedoskonałości ortograficzne z tego rozdziału c:
    
     ~ Wiem, że chcielibyście bym nadal pisała Yaoi i tego typu rzeczy, ale czy to wam się już nie znudziło? Jeśli może między fankami Yaoiców będą jacyś, których interesuje także Yuri to serdecznie zapraszam c:

     Miłej lektury i cześć c:


~Hira 



____________________________________________________



~ Rozdział 2 ~



       Nie miałam wyboru. Musiałam zostać na noc u Jonathana. Nie chciałam się bardziej narażać. Po tym incydencie wczoraj, gdy on poszedł już spać, ja nie potrafiłam zasnąć. Całą noc leżałam na końcu łóżka byle jak najdalej od niego i szlochałam cicho w poduszkę. Udało mi się w końcu zasnąć gdy moje myśli przeniosły się na tajemniczego mężczyznę z wesela. Choć widziałam go tylko chwilę, zamieniliśmy kilka słów to myśl, że już się nie zobaczymy jest załamująca.

     Obudziłam się rano za pomocą budzika. Gdy wstałam o godzinie siódmej rano, Jonathana nie było już w łóżku. Na szczęście.
     Chwyciłam komórkę z nocnego stolika, weszłam do łazienki w sypialni i zamknęłam za sobą drzwi na zamek. Wybrałam numer Emily i zadzwoniłam :
     - Melanie? Dzień Dobry! Jak noc poślubna?
     - Emily, mam do ciebie pytanie - nie chciałam nawiązywać do tego tematu. Zbyt bolesne wspomnienia. Ciągle nie chcę o tym myśleć. - Wczoraj na weselu był taki mężczyzna. Wysoki, brązowe oczy i włosy...tańczyłam z nim raz...Wiesz może kim był? - zapytałam z nadzieją w głosie. Ale nawet gdyby wiedziała i znalazłabym go to co bym mu powiedziała?
     - Nie wiem o kim mówisz. Na te wesele przychodzili znajomi i zabierali znajomych, którzy zapraszali znajomych, więc...
     - Rozumiem - odpowiedziałam z wyraźnym smutkiem w głosie.
     - A coś się... - nim zdążyła dokończyć rozłączyłam się, słysząc nawołującego mnie Jonathana. Wyszłam z łazienki i zobaczyłam go w drzwiach. Miał na sobie jedyne czarne dżinsy i białą koszulę włożoną w spodnie.
     - Tu jesteś, kruszynko - mówi obrzydliwie słodko, podchodząc do mnie i całując w policzek. - Jadę zaraz na spotkanie, na które czekałem bardzo długo. Nasza firma może zacząć w końcu współpracować z jedną z najbardziej dochodowych firm w kraju specjalizujących się projektowaniem różnorodnych budynków zaczynając od małych domków, a kończąc na drapaczach chmur. Do tego jeszcze zajmują się projektowaniem wyposażenia domowego. Ich marka jest na prawdę znana na świecie. W tej firmie pracują najbardziej znani architekci i projektanci na ziemi. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak długo moja rodzina ubiegała się o to spotkanie, ale nagle niespodziewanie zadzwonili do mnie dzisiaj rano prosząc, bym przyjechał tak szybko jak to możliwe. Nadal mnie to dziwi - mówił z wielką fascynacją w głosie. - A, że teraz ty też będziesz panią w tej rodzinie chciałbym, żebyś pojechała ze mną - chwycił mnie za dłonie i obydwie pocałował. - Pojedziesz? - zapytał, patrząc mi w oczy.
      Westchnęłam po czym kiwnęłam głową, a on uśmiechnął się szeroko, czego dawno nie robił. Współpraca z tą firmą musi być dla niego na prawdę ważna.
      - Ubierz się ładnie i widzimy się na dole - pocałował mnie w czoło i zniknął z pokoju.
      Weszłam z powrotem do łazienki, by zrobić coś z włosami. Po długich męczarniach postanowiłam w końcu spiąć je jedynie w koński ogon i tak też zrobiłam. Umyłam zęby i pomalowałam rzęsy tuszem.

       Gdy wyszłam z pokoju i otworzyłam drzwi do garderoby na zewnątrz, usłyszałam wołanie.
      - Mel, pośpiesz się!
      - Już idę.
       Cała garderoba wypełniona była przeróżnymi ubraniami, które kupił mi Jonathan. Nie chciałam ich używać, ale na taką okazję postanowiłam ubrać jedną z nowych sukienek. Chciałam ładnie wyglądać i zrobić dobre wrażenie. Wybrałam kremową na ramiączkach, sięgającą kolan. Delikatny materiał idealnie lał się w dół od przewijanego pasa pod piersiami. Do tego dobrałam czarną kopertówkę, w tym samym kolorze buty na obcasie i szybko zeszłam na dół.
      - Melanie, wyglądasz pięknie - przy drzwiach zastałam już gotowego Jonathana. Do swojego stroju włożył jeszcze czarną marynarkę.
      - Dziękuję - otworzył mi drzwi, a ja od razu skierowałam się do stojącego przy bramie srebrnego samochodu. Jonathan otworzył mi drzwi i gdy wsiadłam, zamknął je, a następnie usiadł na swoim miejscu kierowcy. Włączył muzykę, a w samochodzie rozległ się anielski głos jakiejś kobiety, jednak nie znam jej i wolałam o nią nie pytać.
   
     Poranek był na prawdę piękny. Początek lata, a pogoda zdaje się już być na prawdę ciepła i przyjemna. Aż chce się wychodzić z domu. Przemierzaliśmy ulice Nowego Yorku by, jak się okazało, podjechać pod jeden z najwyższych budynków w kraju. Wow. Właściciel tego miejsca musi być na prawdę bogaty.
     Hol był na prawdę nowoczesny i wielki. Ściany i sufit miały kolor śnieżnobiały, a podłoga pokryta była srebrnymi, dużymi kafelkami, w których można by się przejrzeć jak w lustrze. Przy recepcji, wejściu oraz przy windach stały jeszcze drzewka w dużych doniczkach. Wszystko idealnie grało ze sobą wyglądając naprawdę perfekcyjnie.
     - Dzień dobry. Byliśmy umówieni z...prezesem - stwierdził, po krótkim namyśle, bo chyba sam nie wiedział nawet ja ma na imię.
      - Jakie nazwisko? - zapytała śliczna recepcjonistka siedząca za ladą. Brązowe włosy spięte w niezdarny warkocz, duże, szare oczy podkreślone tuszem i eyelinerem oraz drobne usteczka pomalowane różową szminką. Ubrana była w czarną spódnicę, białą koszulę, a na to był zarzucony tylko szary sweterek.
      - Luke. Jonathan Luke - odpowiedział, będąc dumnym ze swojego nazwiska. Recepcjonistka przejrzała coś w komputerze po czym uśmiechnęła się do Jonathana.
      - Tak. Prezes spodziewa się pana. Zapraszam do winy i na ostatnie piętro. Tam proszę podejść do recepcji i zapytać o resztę, dobrze?
      - Oczywiście. Do widzenia pani - czy on właśnie puścił jej oczko?
      Weszliśmy do windy, która ruszyła na 48 piętro. Wow.
      Jonathan ani razu od wyjścia z domu się do mnie nie odezwał. To dobrze. Bardzo dobrze, ale jednocześnie dziwne.
      Zaczęłam się zastanawiać ile lat może mieć taki prezes, który osiągnął taki sukces? Na pewno jest już w podeszłym wieku. Ale czego można się spodziewać.

     Kolejna ładna recepcjonistka wprowadziła nas do sali konferencyjnej, gdzie przy wielkim oknie ciągnącym się przez całą ścianę stał w ciszy mężczyzna popijając wino, w trzymającym w dłoni kieliszku. wyglądał przez okno na piękną panoramę miasta.Widziałam tylko kontury jego ciała przez wpadające do środka światło. Okno miało kierunek na wschód.

     - Dzień dobry - odezwał się się Jonathan, wchodząc głębiej, a ja od razu pomaszerowałam za nim.
     - Usiądźcie - odezwał się, a moim ciałem wstrząsnął dreszcz. Skądś znam ten głos.
      Zastanawiam się skąd wie, że Jonathan jest z kimś? Na pewno powiedział mu ktoś z recepcji.
     Usiedliśmy przy długim stole i w ciszy czekaliśmy na jakąkolwiek reakcję ze strony mężczyzny. Nie wiem dlaczego, ale nagle zaczęłam się strasznie denerwować.
    Odwrócił się do nas. W jednej dłoni trzymał kieliszek, kiedy druga spoczywała w przedniej kieszeni ciemnych dżinsów. Powolnym, ale pewnym krokiem podszedł. W spodnie miał jeszcze włożoną pudrową koszulę, której rękawy były zaciągnięte nad łokcie, a trzy guziki przy kołnierzyku były odpięte. 
     Moje ciało oblewa gorąc.
     To on...
     - Dzień dobry - wyciągnął dłoń w kierunku Jonathana, a ja patrzyłam na niego w zaniemówieniu. - Nazywam się Lou Ridden.
     Lou...
      - To ty! - Jonathan nie odwzajemnił uścisku tylko wstał wściekły, uderzając dłońmi o blat stołu. Podskoczyłam ze strachu. - To ty wczoraj przystawiałeś się do mojej żony! - chyba zapomniał z kim rozmawia. Jonathan, uspokój się.
     - Przestań - szepnęłam cicho, ciągnąc go za rękaw marynarki, ale on natychmiast wyrwał się z mojego uścisku.
      Świetnie...Co on sobie teraz o mnie pomyśli?
      - Słuchaj, ty skurwielu. Jeśli jeszcze raz...!
      - Nie wiem czy jeden taniec jest gorszy od kilkunastu zdrad... a może i kilkudziesięciu? - napił się trochę wina, patrząc gdzieś w ścianę z miną jakby się nad czymś zastanawiał.
      Co miał na myśli poruszając temat zdrady?
      Lou pewnym wzrokiem, bijącym charyzmą, spojrzał na Jonathana, a ten w zaniemówieniu usiadł na krześle. Nic nie mówił. Jego oczy szeroko otwarte, usta drgające. Patrzyłam na niego w szoku. Nigdy nie widziałam go takiego. Czy to możliwe, że został pokonany na słowa? Ta "zdrada" tak na niego wpłynęła? Dlaczego?
     - Tak myślałem, że to spotkanie będzie tylko stratą mojego cennego czasu - podszedł do małego stolika przy ścianie, który pokryty był białym obrusem, a na nim stała butelka szampana. Dopił zawartość w swoim kieliszku i postawił tam naczynie, ponownie wsuwając dłoń do kieszeni. Spojrzał na w moim kierunku, a mnie dopadło gorąco. Moje wargi rozchyliły się mimowolnie, gdy dosłownie pożerał mnie wzrokiem. - Choć może nie do końca - uśmiechnął się tajemniczo.
     Oh...
     Poczułam brutalny dotyk Jonathana na dłoni po czym wstał i pociągnął mnie do wyjścia. Zanim wyszliśmy z sali konferencyjnej, spojrzałam ostatni raz na Lou, który cały czas mnie obserwował.

     Kazał mi wsiąść do samochodu, a sam został na zewnątrz, by porozmawiać przez telefon. Przez szybę samochodu widziałam, że jest bardzo zdenerwowany. Przechodni przechodzący obok niego przyśpieszali, bojąc się jego krzyków. Postanowiłam troszkę otworzyć okno, by podsłuchać jego rozmowy.
     - Mówię ci, że wie!...Nie wiem skąd wie!...No...To nie może pójść dalej...Nie wiem co zrobimy...Skarbie, ja...Nie, żadna się nie dowie. Obiecuje to sobie. Nie pozwolę na to...Nie pozwolę mu zniszczyć tego, na co tak długo musiałem pracować...Eh, rozumiem...nie pozwolę jej się nigdzie ruszyć - spojrzał na mnie wściekle spod czoła.
    Co..?
    Czy ta rozmowa teraz tyczyła się mnie? Nie może trzymać mnie pod kloszem.
    Jonathan tak bardzo się zdenerwował dopiero gdy wyszliśmy...nie. Zdenerwował się jak... "Nie wiem czy jeden taniec jest gorszy od kilkunastu zdrad... a może i kilkudziesięciu?".
     - Widzimy się później. Cześć - rozłączył się i szybkim krokiem ruszył w stronę samochodu, po czym wsiadł do niego.
     O nie...okno.
     Jonathan zapalił samochód i natychmiastowo ruszył.
     - Gdzie jedziemy?
     - Jadę zawieść cię do naszego domu - dał duży nacisk na "naszego". Kiedy ja nie chce tam jechać. - A później jadę coś załatwić.
     - Zawieź mnie do Emily - odezwałam się cicho, bojąc się reakcji z jego strony.
     - Absolutnie nie. Chyba wcześniej ja...
     - Zawieź mnie do Emily! - podniosłam znacząco głos, a on zatrzymując się na światłach spojrzał na mnie zszokowany. Prychnął i nerwowo przeczesał włosy, ściągając usta w cienką linię. Nie dobrze...
     Jednak nie odezwał się tylko zawrócił i podwiózł mnie pod mały domek jednorodzinny, gdzie mieszkam razem z Emily. Domek podarowali nam jej rodzice z okazji ukończenia studiów.
     - Zadzwoń, gdy będę miał cię odebrać i ...
     - Zostaję tu dzisiaj - powiedziałam cicho i szybko wyszłam, kierując się do drzwi. Gdy odwróciłam się, by sprawdzić czy nadal tu jest, był i patrzył na mnie. Zadzwoniłam do drzwi błagając w duchu, żeby była w domu. Nie wytrzymam z nim już dzisiaj.
     W końcu drzwi otworzyły się, a ja od razu wskoczyłam do środka.
     - Witam pannę młodą - uśmiechnęła się do mnie i mocno przytuliła. - Jak się...- zapytała, zamykając drzwi jednak nagle przerwała, przyglądając mi się uważnie. - Co ci się stało? - zapytała, podchodząc do mnie.
     - C-co? - odsunęłam się, nie wiedząc o co chodzi.
     Chwyciła mnie za podbródek i odwróciła moją głowę, by przyjrzeć się lewemu policzku. Przejechała po nim palcem, a ja wyrwałam się z jej uścisku, czując ból. Minęłam ją i weszłam do łazienki, spoglądając w lustro. Na lewym policzku przy linii szczęki miałam czerwoną plamę. Na pewno powstała przez wczorajsze...uderzenie.
     - Co ci się stało? - tym razem głos Emily był już stanowczy i wściekły. Spojrzałam na nią, a ona stała w drzwiach łazienki z założonymi, na piersiach, rękoma. Zawsze była dla mnie jak matka, a gdy coś mi się stało lub przez kogoś byłam smutna, mogła tej osobie nogi powyrywać. Jonathanowi by się przydało, ale nie chcę wiedzieć co by się ze mną stało gdyby wyszło, że naskarżyłam.
     - Nic - to była najgłupsza odpowiedź jaką tylko mogłam w tym momencie użyć.
     - Nic?!
     - Jaa...przewróciłam się tylko na schodach wczoraj. Ta sukienka była zbyt długa i potknęłam się.
     - Oh...Mel. Zawsze zrobisz sobie coś głupiego. Gdzieś w kuchni mam maść na stłuczenia - wyszła na pewno by poszukać wymienionej rzeczy.
     Nie wierzę, że to łyknęła.
     Zaczęłam się zastanawiać co by było, gdyby dowiedziała się, co tak na prawdę spowodowało tę ranę.

     Wybrałyśmy się z Emily wieczorem do dobrego klubu w mieście. Cieszę się, że pożyczyła mi swoje krótkie, dżinsowe spodenki i luźną, turkusową koszulkę, odkrywającą jedno ramię. Wybłagałam od niej jeszcze czarne conversy, bo na prawdę mam już dość szpilek jak na kilka dni.
     Czekałyśmy trochę w kolejce, ale w końcu udało nam się wejść. Zajęłyśmy dwa miejsca przy barze i od razu zamówiłyśmy dwa kufle piwa. Tak, to jest to, czego właśnie potrzebuję. Trochę odciąć się od świata zewnętrznego.

    Przez całe popołudnie dzwonił do mnie Jonathan, ale ani razu nie odebrałam. Najpierw wyciszyłam telefon, a po chyba, pięćdziesięciu nieodebranych połączeniach wyłączyłam. Mam go dość. Dość jego patrolowania i rozkazywania mi. Nie chciałam wiedzieć jak wściekły musiał być na mnie.
     Opowiedziałam Emily o tajemniczym mężczyźnie, o imieniu Lou, który prosił mnie o taniec na weselu. Powiedziałam jej gdzie pracuje oraz jak rodzina Luke stara się o współpracę z nim, gdzie dobrą okazję zniszczył Jonathan. Emily podsunęła mi dobrą myśl. Jeśli rodzina Luke oraz jej nie znają go, to skąd wziął się na weselu? Jeśli jakaś z bliskich osób rodziny znałaby go, to Jonathan miał by tę rozmowę już wcześniej tyle, że zapewne przebiegłaby ona całkowicie w inny sposób. Znów przypomniały mi się słowa "Ważne, że ja w końcu poznałam panią". Poznałam?
      Właśnie. Poznałam? Chciałabym? Obserwowałam? Nie mogło przecież tyle razy mi się przesłyszeć. Ale...Nie. To przecież niemożliwe. To jest w stu procentach wiadome, że na pewno mi się przesłyszało. Lou Ridden. Właściciel oraz prezes jednej z najlepszych firm w kraju. Muszę przestać myśleć o takich głupotach. Byłam już wtedy zmęczona. Tak. To na pewno to.

     Nie wiem ile wypiłam, ale zaczęło mi się kręcić w głowie. Emily upominała mnie, że mam słabą głowę, ale ja nie słuchałam. Świetnie.
     - Mel, skoczę tylko do łazienki. Nigdzie. Się. Stąd. Nie. Ruszaj. Ok? - mówiła wyraźnie, bo muzyka w klubie była na prawdę głośna. Jakieś dubstepy i inne tego rodzaju. - Zaraz wrócę, rozumiesz?
     Kiwnęłam głową, a ona jeszcze raz wskazała na mnie palcem, wspominając swoje słowa po czym zniknęła w tłumie tańczących na parkiecie, osób. Zaczęłam myśleć o Lou.
    Lou...na same wspomnienie o jego oczach zrobiło mi się gorąco, a przez alkohol uczucie było podwojone.
    Ah...tak bardzo chciałabym mieć go tu i teraz.
    

    Zaczęłam się niecierpliwić. Emily długo nie wracała z łazienki. Czyżby pochłonął ją wir deski klozetowej?
    Chwila...co?
    Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo znajomego nie zauważyłam. Nie wiem która jest nawet godzina. Ile siedzę tu już sama? Muszę jej poszukać.


    Zsunęłam się w wysokiego krzesła i postawiłam nogi na podłodze. Od razu musiałam się chwycić blatu, bo nieźle bym upadła na podłogę. Co ja narobiłam... Nie. Dam radę.
    Postawiłam kok, który nie wyglądał już na pewno tak dobrze jak rano, po czym zrobiłam kolejny w przód i wpadłam na osobę siedzącą obok mnie. Opierając się o uda tej osoby, starałam się podnieść do pionu co marnie mi szło. Białe dżinsy, czarne, eleganckie buty...i czarna koszula włożona w spodnie.
     - Przepraszam...pana - stanęłam do pionu jednak ktoś przechodzący, trącąc mnie ramieniem, spowodował, że wylądowałam ponownie na mężczyźnie, tyle że tym razem z twarzą w łączeniu się jego szyi i ramienia.
     Ah...jaki zapach...

     - Przepraszam - wstałam szybko i czując jak policzki mnie pieką, pijackim krokiem uciekłam w tłum tańczących osób. Jak mogę być taką niezdarą?
     Atmosfera między imprezowiczami nie była przyjemna i niezbyt dobrze wpłynęła na moje samopoczucie. Zapach alkoholu, papierosów, potu...od tego wszystkiego zachciało mi się zwrócić wszystko co dzisiaj zjadłam i wypiłam...choć nie...tylko to co wypiłam. Nic dzisiaj nie zjadłam.
     W łazience, ani w pobliżu, nigdzie nie potrafiłam znaleźć Emily. Zaczęłam się denerwować. Zniknęła może około godziny temu? Jest już późno.
     Obok mnie nagle wszczęła się ostra bójka jakiś dwóch pijanych gości. Nie wiem o co, ale zaczęli się szarpać przez co i ja dostałam w ramię. Straciłam równowagę i upadłam na kolana. Poczułam jak wszystko mi się zwraca.
     Nie. Proszę. Nie teraz.

     Nagle ktoś mnie złapał w talii i pomógł wstać.
     - Emily? - zapytałam cicho gdy już stałam w pionie, opierając się o kogoś plecami. Moja głowa bezwładnie opadła na czyjeś ramię. To nie Emily. Ten ktoś jest ode mnie wyższy.
     Słabo mi...
     Moje powieki powoli zaczęły opadać i już nie chciały mnie słuchać. Zmęczenie dało górę.
     Czuję coś przyjemnego...ten zapach...
     - Wszystko będzie dobrze, skarbie - cichy szept obok ucha. Już niesłyszalny. Gdzieś w oddali.
     Jestem skarbem. Jestem skarbem, a ty moim piratem. Znajdź mnie.
     Już odpłynęłam?

czwartek, 30 stycznia 2014

Loving strangers ~ Rozdział 1

Dzień dobry, cześć i czołem c:

     Od bardzo długiej mojej nie obecności dodaję pierwszy rozdział nowego opowiadania, który tym razem nie jest yaoi c: Skończyłam z pisaniem takiego rodzaju opowiadań i zapraszam na coś całkowicie innego, nowego, i mam nadzieje, lepszego.
     Mam nadzieje, że was zaintryguje c: Zapraszam was także do komentowania. Bardzo mi zależy na waszej opinii.
    Miłej lektury.


~Hira




_____________________________________________________

 
~Rozdział 1~


     - Melanie, wyglądasz olśniewająco - mówi do mnie moja najlepsza przyjaciółka, obserwując nasze odbicie w dużym lustrze przed nami, a ja spuszczam wzrok na moje splecione dłonie gdy moje policzki oblewają się purpurą.

     Podnoszę wzrok na swoje odbicie : mam na sobie piękną, białą sukienkę bez ramiączek, która pięknie leje się w dół srebrnego pasa pod piersiami. Nigdy nie widziałam, że posiadam tak kobiece kształty, ale ta suknia idealnie ukazuje każdy szczegół. Mam na sobie jeszcze śnieżnego koloru butki na obcasie jednak przez suknie są zasłonięte. Spoglądam na swoją twarz. Moje niebieskie oczy nie są tak jasne jak zawsze. Na pełnych ustach, pokrytych jasno różową szminką, nie ma uśmiechu. Blada twarz. Pochylam głowę w przód, a kosmyk włosów wydostający się z pięknie spiętych, blond włosów opada mi na policzek. Denerwuję się.
     - Mel? Wszystko w porządku? - na nagim ramieniu czuję dotyk dłoni Emily.
     Podnoszę powoli wzrok i patrze w jej brązowe, zmartwione oczy. Dookoła jej twarzy pięknie rozlewają się długie, falowane, brązowe włosy leniwie opadające na ramiona. Ubrana w błękitną sukienkę bez ramiączek, sięgającą do połowy ud, która jeszcze przyozdobiona została w białą wstążkę przewiązaną przed idealnie podkreślonymi piersiami. Jak zawsze wygląda pięknie. Emily zawsze była bardziej kobieca niż ja. Zawsze miała większe powodzenia u mężczyzn. Ale czy ja...chce mężczyzn?
    Kiwam głową, a na jej ustach pojawia się szeroki uśmiech.
    - Mel, ty...
    - Emily, boję się - mówię w końcu, po wewnętrznej wojnie myśli i strachu. W gardle czuję gulę.
    - Oh Melanie - przytula mnie delikatnie. Zawsze robi to mocno i jeszcze skacze, próbując mnie rozśmieszyć, ale tym razem na pewno uważa, żeby nie pognieść sukni. - Każdy się boi takiego przełomu w swoim życiu - mówi troskliwie obok mojego ucha, głaszcząc mnie uspokajająco po plecach. - Właśnie wchodzisz w okres na prawdę ważny. Zakładasz swoją rodzinę. Czy nie tego właśnie pragnęłaś przez całe życie? - odsuwa się ode mnie i patrzy na moją twarz. Sięga dłonią do stolika obok lustra i podnosi stamtąd biały, krótki welon. Staje za mną i wpina mi go we włosy. Przechodzą mnie dreszcze gdy delikatny materiał dotyka moich nagich pleców. - Wyglądasz na prawdę pięknie. Jonathan będzie w niebo wzięty.
     Jonathan...
     - Dziewczęta, już czas - mówi ciotka Emily na szybko pojawiając się w pomieszczeniu po czym od razu znika. Zdążyłam zobaczyć, że ma na sobie obcisłą, czerwoną sukienkę, pięknie spięte rude włosy, a w dłoni trzymała kremową kopertówkę.
    Zaciska mnie w żołądku. Czy ja na pewno tego chcę? Boję się.

   - Jestem taki szczęśliwy. Tyle czekałem by zobaczyć, jak moja jedyna córka wychodzi za mąż - mówi cicho do mnie mój ojciec Jack, który powolnym krokiem prowadzi mnie do ołtarza. Zaciskam dłoń na jego marynarce, a krew odpływa mi od twarzy gdy widzę go tam...pod bramą kwiatów. Kwiaty są wszędzie.

     Ślub został zorganizowany na prawdę pięknie. W ogrodzie rezydencji państwa Luke. Tak. Jonathan Luke. Dookoła mnie znajduje się mnóstwo białych krzeseł przyozdobionych kwiatami. Siedzi tam tyle ludzi, a znam stamtąd może dwie...trzy osoby? Co to są za ludzie? W środku tłumu znajduję swoją matkę, która macha do mnie, a ja jedynie uśmiecham się do niej delikatnie. Nie chciała siedzieć z przodu, ponieważ nie lubi się wyróżniać.
     Wygląda przepięknie. Ma na sobie swoją kremową sukienkę, którą razem kupiliśmy ponad rok temu, gdy byłam u niej na wakacjach. Tak, nie mieszka w moim mieście tylko w Kanadzie. Krótkie, do ramion, włosy podkręcone przez co przylegają do długiej szyi.
    Obok niej zauważam jej męża, Jacoba, z którym jest od dwóch lat. Moi biologiczni rodzice rozwiedli się cztery lata temu, gdy miałam siedemnaście lat. Pamiętam jak bardzo to przeżywałam : próbowałam ucieczek z domu i innych tego typu rzeczy, ale teraz, jak widzę, że są szczęśliwi, to jestem szczęśliwa razem z nimi.
     Zaciskam jeszcze mocniej dłonie na łodygach kwiatów bukietu, który trzymam w dłoniach. Zatrzymujemy się, a mój tata puszcza moją dłoń jeszcze całując się mnie w skroń po czym odchodzi w kierunku krzeseł w pierwszym rzędzie.
     Nawet nie zauważyłam gdy Jonathan trzyma mnie już za dłoń i pomaga wejść na dwa stopnie by stanąć przy księdzu.
     - Wyglądasz przepięknie, Melanie - słyszę obok ucha jego głęboki, męski głos.
     Ma na sobie biały garnitur i białe eleganckie buty, w które mam wbity wzrok. Boję się. Boję się jeszcze bardziej.
     Chwyta mnie za podbródek i unosi moją twarz, zmuszając mnie do spojrzenia na niego. Śnieżno bały uśmiech pojawia się mimowolnie na jego twarzy. Jego brązowe włosy w artystycznym nie ładzie, brązowe oczy i wyrazista linia szczęki pokryta lekkim zarostem. Patrze na to i nie czuję ulgi, nie czuję szczęścia. Nie czuję nic prócz strachu.
     - Bądźmy szczęśliwi. Razem - mówi i odwraca się do księdza.
     Razem...

     - Jonathanie Luke, czy ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską?

     Patrze na niego i przywołuje sobie wszystkie nasze wspomnienia. Zawsze zabierał mnie we wszystkie zakątki tego świata. Kupował wszytko co chciałam, ale czy to wszystko? Rzeczy materialne? O to chodzi?
     - Będziesz trwać przy niej w zdrowiu i chorobie...
     Przed Jonathanem nie miałam nikogo. Nie chciałam mieć faceta. Nie pociągają mnie, a jego przedstawiła mi Emily. Byłam z nim na spotkaniu kilka razy gdy pocałował mnie pierwszy raz. Nic nie poczułam, więc przestałam się odzywać. Lecz było już za późno. Spodobałam mu się. Wysyłał mi cały czas kwiaty, biżuterie z listami, że bardzo tęskni za mną. Później Emily zaczęła mnie namawiać na wszystko i czy przez bezradność wobec jej słów zostałam jego dziewczyną? Jestem zbyt uległa.
     - ...oraz, że nie opuścisz jej aż do śmierci?
     - Tak - odpowiada, a mną wzdryga.
     - A ty, Melanie Strage, czy  ślubujesz mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską?
     Nigdy nie podobali mi się faceci.Wszystko co robiłam przy nim nie robiłam z myślą o tym, że zależy mi na nim. Myślałam cały czas co powiedzą inni. Jak zareaguje Emily, na której tak bardzo mi zależy, i która tak bardzo się poświęciła, by dać mi to szczęście.
     - Będziesz trwać przy niem w zdrowiu i chorobie...
     Nigdy nie czułam do niego nic. Nie jestem przy nim ani trochę szczęśliwa. Nigdy nie byłam. Gdy mnie całował nie czułam tego, co zawsze opisują w książkach lub pokazują w filmach. W końcu to zrozumiałam.
     - ...oraz, że nie opuścisz go aż do śmierci?
     Nie kocham go.
     - Tak.
    Popełniłam największy błąd w swoim życiu.


~*~*~*~*~

     W tle rozlegają się dźwięki I've Got You Under My Skin , a na parkiecie nie brakuje par do tańca. Pary powoli kołyszą się na boki, uśmiechając się do siebie lub rozmawiając cicho. Wszystko odbywa się wielkim namiocie, w którym znajduje się scena z zespołem grającym na instrumentach, a dookoła parkietu przeznaczonego do tańca, poustawiane są stoły z jedzeniem, przy którym właśnie siedzę samotnie ja. Obserwuję moją mamę tańczącą szczęśliwie z Jacobem, uśmiechając się pod nosem. Tak świetne się bawią. Jednak uśmiech z mojej twarz nagle zanika gdy uświadamiam sobie powagę całej sytuacji, a brzuch znowu zaczyna mnie boleć. Wyszłam właśnie z mąż. Powiedziałam "tak". I teraz całe życie będę żyć z nim. Nie szczęśliwie. Nie kocham go. Nie kocham. Ja...
     - Melanie - z myślenia wyrywa mnie głos mojego taty. Odwracam się, a on już siedzi obok mnie.
     - Cześć, tato - uśmiecham się smutno, mówiąc cicho. Czy mnie w ogóle słychać?
     - Dlaczego panna młoda siedzi sama? To niedorzeczne! Gdzie jest pan młody? - rozgląda się, a wraz z nim ja. Faktycznie. Nigdzie go nie widzę. Gdzie on się podział? Widziałam tylko przez chwile jak tańczył z jakąś młodą dziewczyną, a później zniknął mi z oczu.
     - Zatańczysz ze mną? - tato wstaje i wyciąga w moim kierunku dłoń.
     - Co? Ty tańczysz? - nie ukrywam rozbawienia. Nigdy jeszcze nie wiedziałam jak tańczy.
     - Twój staruszek może i ma już za sobą sporo, ale to nie znaczy, że nadal nie potrafi poruszać się na parkiecie - chwyta moją dłoń i ciągnie w kierunku parkietu.- Panno Melanie - podaje mi swoją dłoń jeszcze raz.
     - Panie George - uśmiecham się, chwytając dłoń mojego ojca po czym powoli zaczynamy kołysać się na parkiecie. Opieram głowę na jego ramieniu, uśmiechając się pod nosem. Jedna miła chwila tego koszmarnego wieczoru.
     - Mam nadzieje, że będzie się tobą dobrze opiekował, bo jeśli nie to będzie miał do czynienia ze mną. Nikt nie może ranić mojej pięknej kobiety - mówi a do oczu napływają mi łzy. - Musisz być szczęśliwa.
    - Kocham cię, tato - mówię cicho, mocniej przytulając się do jego ciała.
     Gdybyś wiedział, jak bardzo jestem nie szczęśliwa. Chciałabym ci wszystko powiedzieć. Powiedzieć komukolwiek jak się czuję, ale nie mogę. Nie mogę zranić najbliższych. Wszyscy są tacy szczęśliwi. Tylko nie ja. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Uciec jak najdalej, ale nie mogę im tego zrobić. Wpakowałam się w to sama. Wszystko moja wina.
     Gdy rozbrzmiała kolejna piosenka Come Fly with Me  zaczęło być na prawdę zabawnie. Tato wyglądał tak beztrosko i młodo uśmiechając się od ucha do ucha. Robiliśmy różne obroty i ruchy w ogóle nie grające z melodią piosenki. Dawno nie bawiłam się tak dobrze, a to wszystko jeszcze w tańcu.
    - Panie George, jest pan wyśmienitym tancerzem - mówię do niego, nie potrafiąc przestać się uśmiechać. Już zaczęły boleć mnie policzki.
    - Oh, Panno Melanie. To zaszczyt tańczyć z taką tancerką - uśmiecha się w odpowiedzi, mrugając do mnie żartobliwie.
    Piosenka kończy swój rytm, a ja ląduję w objęciach mojego ojca.
    - Tak bardzo się cieszę, że jesteś szczęśliwa, Melanie. Kocham cię - obejmuje mnie mocno, a uśmiech z moich ust znika zastępując go smutkiem i żalem. Co będzie później? Gdy wesele się skończy?
    - Ja ciebie też bardzo kocham.
    - A teraz wybacz, ale widziałem, że przynieśli wyśmienitego homara, a bardzo chciałbym spróbować -  uśmiecha się szeroko, a ja wpadam w chichot.
     - Biegnij, bo wszystko zjedzą! - mówię do niego, a on ucieka, machając do mnie jeszcze.
     Zostaję sama na parkiecie wśród tylu par. Co mam robić...
     Odwracam się i chcę ruszyć w kierunku mojego miejsca gdy ktoś się za mną pojawia.
    - Piękna damo - słyszę głos jednak nie potrafię odróżnić czy należy do kobiety czy mężczyzny. Odwracam się i wstrzymuje oddech. Nie znam tej osoby, ale te ciemne oczy wpatrujące się we mnie są tak przenikliwe, że straciłam umiejętność oddychania. Nie wiem co powiedzieć.
    - Zechciałaby mi pani umilić ten wieczór i zatańczyć ze mną jeden utwór? - mówi, zbliżając się do mnie.
    - Eee...znamy się? - odzywam się, ale w gardle czuję wielką gule. Skupiłam się na stroju tej osoby. Czarny garnitur. Tak, to zdecydowanie mężczyzna.
    - Czy jest to teraz potrzebne? - pyta tajemniczym głosem, wyciągając dłoń w moją stronę, a gdy zaczyna grać kolejna piosenka Franka Sinatra Fly me to the moon ja chwytam jego dłoń, przybliżając się do niego niepewnie. Jego dłoń, która pojawia się na mojej talii wywołuje u mnie nagły dreszcz. Chwyta moją dłoń i zaczynamy powoli kołysać się w rytm muzyki.
     Nie potrafi spojrzeć mu w oczy. Jest jakiś...dziwny. Inny.
     - Więc, panienko Strage, jak pani się bawi na swoim weselu? - pyta cicho, a ja nie potrafię odpowiedzieć czując na sobie cały czas jego wzrok. Jak jastrząb wypatrując zdobycz do schwytania.
     - Dobrze, proszę pana - kłamię, a po moich słowach słyszę krótki śmiech. Czy ja powiedziałam coś śmiesznego?
     -Nie wyglądała pani na kogoś, kto dobrze się bawi. Chyba, że chce pani cały wieczór siedzieć przy stoliku, panno Strage - cały czas wpatrzona jestem w związany krawat przed oczami. Jest wyższy ode mnie o głowę.
     Chwila...co? Przy stoliku? Cały czas mnie obserwował?
     - Tak, obserwowałam cię - odpowiada na moje niewypowiedziane pytanie, a po moim ciele rozlewa się gęsie skórka.
     Obserwowałam cię? Przesłyszało mi się.
     - Jest pani piękną kobietą. Z pani męża musi być wielki szczęściarz - zaczynam odczuwać gorąc spowodowany bliskością naszych ciał. Zaczynam się denerwować jeszcze bardziej.
     Na wspomnienie Jonathana wyraz mojej twarzy zmienia się i widać niezdecydowanie, smutek.
     - Tak - odpowiadam. Z jednej strony chce odejść od niego, ale z jednej chce tu zostać, bo czuję się...jakoś dobrze. Miło. Kim jest ta osoba?
     - Jest pani bardzo małomówna - gdybyś tak na mnie nie patrzył to by tak nie było. - Czy mogłaby pani na mnie spojrzeć? Chciałabym zobaczyć pańskie oczy.
     Chciałabym?
     Powoli podnoszę wzrok, a moje ciało drga widząc te ciemne, przymrużone, jak noc oczy patrzące wprost w moje. Ciemno brązowe, krótkie włosy, zaczesane do tyłu. Linia szczęki nie jest tak wyrazista jak u innych mężczyzn, ale wygląda naprawdę kusząco. Brak jakiegokolwiek zarostu. Na lewym policzku zauważam słabo widoczną cienką ranę. Jakby zadrapanie. Usta. Wzrok wbijam w usta. Pełne i wyglądające na miękkie. Nie potrafię się oderwać. Nie mogę...
     - Ma pani piękne oczy - mówi cicho, wpatrując się we mnie jeszcze mocniej, a moje serce przyśpiesza, szybko odrywając wzrok z ust. Spuszczam głowę, gdy moje policzki rumienią się.
      - Dziękuję...Ee...jest pan bardzo tajemniczym mężczyzną.
      Znów się śmieje. Na co on tak reaguje?
      - Czy ja jestem śmieszna? - pytam w końcu i zaczynam czuć pragnienie cofnięcia tego pytania.
      - Oczywiście, że nie, panno Strage. Czy jest pani szczęśliwa? - mówi bez problemu nagle zmieniając temat. Zaskoczył mnie tym pytaniem. Czy zauważył mój smutek? Jeśli tak to jak to możliwe, że zauważyła to nieznajoma mi w ogóle osoba, a nie moja mama? Mój tata? Emily? Kim on jest? Intryguje mnie.
      - Nie znam pana, ja...
      - Nie musi pani mnie znać. Ważne, że ja w końcu poznałam panią - jego barwa głosu zmieniła się na głęboką, porywającą.
     Poznałam?
     Gdy słyszę ostatnie słowa piosenki, on nagle odwraca mnie, obejmując mnie w talii i przylega do moich pleców. - Pięknie się pani rumieni - mroczny głos słyszę przy samym uchu, a po szyi, plechach, kręgosłupie - wszędzie! - przechodzą mnie nieznajome mi, przyjemne dreszcze. Przerażona tym odczuciem odskakuje do przodu, wpadając na kogoś.
     - Co tu się dzieje? - Jonathan - co ty robisz?
     - Ja... - podnoszę na niego wzrok. Jestem na niego wściekła, że zniszczył mi tą magiczną chwilę. Tak...była magiczna.
     Odwracam się, ale go już nie ma. Zniknął. Tak po prostu. Rozglądam się po namiocie i wszystkich ludziach, ale nie widzę tych brązowych oczu i włosów. Zniknął.
     - Szukałem cię - w jego głosie słychać gniew. Tak, bądź na mnie wściekły za to, że mimo, że cię nie kocham, zostawiłeś mnie na pastwę losu.
     - Cały czas byłam tutaj - mówię cicho.
     - Eh...wracamy już do domu.
     - Tak? Oh....to pożegnam się tylko...
     - Nie, nie będzie ci to potrzebne - chwyta mnie silnie za rękę i ciągnie w kierunku samochodu. Jak to możliwe, że nikt nas nie zauważył? Błagam! Nie zostawiajcie mnie z nim.
      Otwiera mi drzwi srebrnego samochodu marki Jaguar XF i cudem udaje mi się wsiąść z tą długą suknią. Na co dzień nie chodzę tak ubrana, więc nie jestem przyzwyczajona.
      Jonathan obchodzi samochód po czym wsiada na miejsce kierowcy, od razu zapalając silnik.
      - Gdzie zniknąłeś na balu? - pytam cicho, patrząc na jego profil. Ściąga usta w jedną linię. Nie jest zadowolony.
      - Nie powinno cię to obchodzić. Co to był za koleś? - patrzy na mnie oskarżycielsko, a z jego oczu bije gniew, nienawiść. Jest wściekły za ten taniec? To jemu można tańczyć z jakimiś lalkami z sukienkami zakrywającymi połowę pupy, a mnie będzie zarzucał jeden taniec z jakimś facetem? On nie był jakiś...on był inny.
      - Nie znam go - odpowiadam cicho. Boję się go. Zawsze gdy się wścieka jest bardzo agresywny i straszliwie na mnie krzyczy.
      - Niech lepiej się obok ciebie nie pojawia, bo go zabije - co?

     Samochód rusza z piskiem opon, a mnie wbija w fotel. Z radia nie brzmi żadna muzyka, a między nami panuje zacięta cisza. Zawsze tak jest przy nim. Uśmiecha się do mnie zawsze tylko na pokaz przy kimś, a gdy zostajemy sami on jest śmiertelnie poważny i tylko wrzeszczy i krzyczy. Nigdy nic mu się nie podoba. Czy dlatego jest ze mną? Bo ma satysfakcje manipulacji mną? Nie potrafię mu się postawić. Za bardzo się boję.

     W głowie cały czas mam oczy nieznajomego mężczyzny. W brzuchu czuję coś dziwnego myśląc o nim. Kim on był? Chciałabym go poznać. Nawet nie wiem jak ma na imię. "Ważne, że ja w końcu poznałam panią" - w końcu?
      Zatrzymujemy się pod jego domem, do którego w najbliższym okresie mam się wprowadzić choć bardzo tego nie chcę. Jestem w tym domu praktycznie codziennie i nie czuję się w nim dobrze. Zawsze jestem zdenerwowana i spięta.
    Jego dom, a raczej willa czy królestwo, jest bardzo nowoczesne. Jest biały, a w większości pomieszczeń przeważają duże szyby od sufit po ziemię i tak ciągnącą się przez całą ścianę. Nie ma trójkątnego dachu jak większość domów w okolicy. Ten wygląda jak poukładane na siebie nierówno prostokąty. Wszystko ogrodzone jest czarnym, metalowym płotem, który wzorem ciągnie się wijącymi się łodygami i liśćmi. Ogród jest piękny. To muszę przyznać. Kwiaty różnych rodzai, orientalne, których naturalnie nie można spotkać w naszym kraju. Są sprowadzane z Indii, Chin, różnych lasów i kotlin na życzenie rodziny Luke. Są na prawdę bogaci i mogą sobie pozwolić na wszystko. Na tarasie znajduje się jeszcze wielki basen i kilka yacuzzi. Idealne królestwo dla króla i królowej. Nie chce być tą królową.
     Wychodzi z samochodu po czym otwiera moje drzwi, a ja wychodzę niechętnie. Wole siedzieć niż przechadzać się z nim po jego domu.
      - Miałem w planie piękną wycieczkę w noc poślubną, ale mam wobec ciebie inne plany - mówi mi głębokim głosem do ucha, a ja wzdrygam. Noc poślubna? Inne plany?...Jakie plany?
      Gdy ruszamy do wejścia on niespodziewanie mocno klepie mnie w tyłek, a ja podskakuje z piskiem.
      - C-co ty robisz? - patrze na niego wielkimi oczami całkowicie przerażona jego zachowaniem.
      - Jesteś moją żoną. Zabawmy się - uśmiecha się do mnie szyderczo, a po otworzeniu drzwi bierze mnie na ręce i rusza w kierunku schodów. Na górze...jest sypialnia. Nie.
      Wniósł mnie do niej i położył na łóżku. Odpłynęła mi krew z twarzy kiedy zawisł nade mną. Otworzyłam szeroko oczy czując jak dotyka mojego policzka, szyi, dekoltu zatrzymując się na zakrytych piersiach. Serce zaczęło mi walić. Nie chce tego.
     - Jesteś taka piękna. Tak bardzo mam na ciebie ochotę. Nigdy nie chciałaś iść ze mną do łóżka. Zawsze mnie odpychałaś, ale teraz...teraz...możemy... - pochyla się do mojej szyi.
     - Nie...Jonathan, nie...
     - Przestań - zaczyna całować moją szyję i dekolt, pociągając moją białą sukienkę do góry. - Będę delikatny.
     Nie chce...nie.
     Jego dotyk mnie obrzydza. Czuję obrzydzenie i strach. On chce...chce...
     Widzę jego nabrzmiałą erekcję, którą opina czarny materiał spodni od garnituru.
      Wspina się po moim nagim udzie na chwilę zatrzymując się na podwiązce. Tak blisko tego miejsca.
     - Nie chce tego.
     -  Zabezpieczymy się - szepcze mi do ucha, kładąc swoje palce na moim miejscu. Tam.
     - Nie! - krzyczę głośno, odpychając go. Chwilę później czuje przeszywający ból na policzku. Uderzył mnie...
     - Ty pieprzona suko - chwyta mnie silnie za włosy, ciągnąc w górę. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy, przemieniające się w szloch. - Za kogo ty się uważasz? Jesteś moją własnością! Moją, rozumiesz?! - rzuca mną na podłogę, a ja szybko podnoszę się i uciekam w kąt pokoju choć sukienka uniemożliwia mi ruch. Jest zbyt długa. - Mogę zrobić z tobą co chce, kiedy chce i jak chce, rozumiesz? - syczy wściekle, ruszając w moją stronę. Nie mam gdzie uciekać.
     - Proszę...zostaw mnie - szepczę cicho, kuląc się. Czekam na jakikolwiek jego ruch, ale nie nadchodzi. Podnoszę powoli głowę, a on klęczy przede mną ze spuszczoną głową.
     - Przepraszam - mówi cicho, chwytając moją dłoń. Podnosi ją do ust i całuje knykcie. - Przepraszam.

   


piątek, 20 września 2013

[WIELKI POWRÓT] "My cat Key" ~ Rozdział 5


Hira is back ~

 
_____________________________________________________________________



"My cat Key"


~Rozdział 5



      Leżał skulony na boku w swoim łóżku w pokoju. Łezki leniwie spływały po policzku i nosie. Co jakiś czas się uspokajał jednak gdy wszystko wracało cicho pojękiwał pod nosem. Widok w głowie Minho i Key powodował, że mocniej zaciskał piąstki na kocu, a poduszka stawała się coraz bardziej mokra od łez.
     To było niemożliwe jak wszystko zaczęło mu się walić w jednym momencie. W jednej chwili. Zakup tego kota zniszczył mu wszystko. On zabrał mu wszystko co kocha...zabrał mu Minho. Taemin już się nie liczy. Jest niewidzialny. Nienawidzi tego sierściucha.
     Drgnął, słysząc otwierające się drzwi jego pokoju. Nie odwrócił się jednak. Nie chciał, by ktoś widział go teraz w takim stanie. Chciał uniknąć pytań : co? czemu? dlaczego?
     Usłyszał kroki w swoją stronę aż pod czyimś ciężarem ugiął się materac. Chwilę trwała niezręczna cisza, kiedy z tego powodu zaczęły trząść mu się ręce. Mężczyzna się odezwał.
     - Taemin - Onew - dlaczego nie zejdziesz do nas na dół? - Jinki czekał aż Taemin odpowie jednak on nadal leżał w bezruchu. - Key pocałował Jonghyun'a - zaśmiał się chcąc rozluźnić atmosferę jaka panowała w pokoju. Jednak na marne. Lee nadal siedział cicho.
     Jinki spuścił głowę, bawiąc się nerwowo palcami u dłoni. Nie wiedział za bardzo jak ma się teraz przy nim zachowywać. Wcześniej to było normalnie....po przyjacielsku jednak Taemin go w końcu...pocałował. Sądził, że Lee podoba się Minho. O co chodzi?
     Uniósł dłoń nad Tae i po krótkim wahaniu położył dłoń na jego ramieniu, zaczynając delikatnie głaskać
     - Minnee...co się stało? Dlaczego tak leżysz?
     Lee nagle się podniósł i usiadł po turecku przed starszym kolegą, wycierając nadgarstkiem łzy po czym, spojrzał na Onew.
     - Taemin, co się...
     - Hyung? - zaczął, ciągnąc cicho noskiem, a jego mokre oczy od łez błyszczały w świetle. - Czy ja...czy ja ci się podobam?
    - Hm? - Onew otworzył szerzej oczy. Uchylił wargi, zastygając. Nigdy by się nie spodziewał takiego pytania od młodszego. Nie wiedział jak ma się zachować. Głos ugrzązł mu w gardle.
     Taemin przybliżył się do Jinki'ego, odchylając głowę lekko w tył i składając usta w słodki dziobek pocałował swojego Hyunga. Onew zamknął powoli oczy czując ten delikatny dotyk warg młodszego. Gdy chciał pogłębić pocałunek i wsunąć dłonie na jego plecy ten się odsunął, zostawiając chłodny powiew powietrza na jego ustach. Spojrzał na Taemin'a, który wzrokiem błądził wzrokiem po łóżku, by tyl;ko uniknąć wzroku starszego. Co powinien w takiej sytuacji zrobić?
     - Taemin..., bo ja tu przyszedłem w sumie po to, by...by zapytać czy pojedziesz ze mną na zakupy? - spalił się ze wstydu, pytając o taką rzecz w takim momencie. Czy on już do końca zgłupiał?
    - Um...to...daj mi się przebrać, ok? - zapytał cichutko. Czyżby żałował?
    - Czekam na dole - Onew pośpiesznie wstał i wyszedł. Chciał jak najszybciej zniknąć z jego otoczenia choć na prawdę do tego nie chciał. Chciał z nim przebywać, ale bał się.
     Taemin spojrzał w kierunku drzwi gdzie przed chwilą zniknął Onew po czym poczochrał energicznie swoje włosy.
     - Co ty wyprawiasz? - zacisnął dłonie we włosach. - Aish!


****


     - Co za...TY SZMATO! - Jonghyun rzucił się na chłopaka i nim Minho zdążył go złapać, ten uderzył Key z całej sił w twarz, powalając go na ziemię. - Nie wyobrażaj sobie - rzucił, stojąc nad nim.
     - Jonghyun, ty idioto! Czy on zrobił ci coś złego?! - Minho złapał Jonghyuna za szmaty, przyciągając do siebie, ale starszy szybko się wyrwał po czym wyszedł z domu.
     Minho szybko odwrócił się do Key, by go opatrzyć, ale jego już nie było. Zniknął. Gdy chciał zapytać Onew czy go widział, jego kroki było już słychać na piętrze.

     Od tamtego momentu Minho nie potrafił go znaleźć. Siedział na kanapie, wpatrzony tępo przed siebie gdy usłyszał kroki po schodach. Wstał gwałtownie i spojrzał w tamtym kierunku widząvc najpierw Onew, a później Taemin'a.
     - A...to wy - rzekł bezinteresownie Minho, opuszczając ręce wzdłuż ciała.
     - A co jest? - zapytał Onew, przystając, a Lee zatrzymał się za nim, spuszczając głowę. Nie chciał patrzeć na Minho.
     - Key zniknął. Widzieliście go?
     - Key? Nie, a... - przerwał, czując dotyk na dłoni. Spojrzał na nią widząc, że trzyma ją Taemin.
     Taemin słysząc to zainteresowanie Minho kotem zrobił to odruchowo. Jakby Onew pomagał mu nie myśleć.
     Minho spojrzał na Taemin'a i zrobiło mu się jakoś przykro. Trzymał Jinki'ego za dłoń choć nigdy wcześniej tego nie robił. Wcześniej trzymał...jego dłoń.
     - My jedziemy do sklepu. Będziemy niedługo - starszy uśmiechnął się przelotnie do Choi po czym wyszedł, ciągnąc za sobą dreptającego Tae.
     Minho i Taemin nigdy nie byli razem i nawet nie rozmawiali nigdy w ty temacie. Minho poczuł się...zdradzony choć nie miał ku temu powodów.
     Usiadł na kanapie, spuszczając głowę. Starcił nagle ochotę na wszystko.


****
[piosenka do Key]


     Powoli wycisnął się spod łóżka Jonghyun'a gdzie uciekł i wszedł gdy został przez niego uderzony. Było już wszystko z nim w porządku pomijając siniaka na policzku. Podrapał się za uszkiem, przystając w miejscu po czym na czworaka ruszył dalej, rozglądając się po pokoju. Nic nie zmieniło się od ostatniego razu gdy tu był - wszędzie walały się ubrania, jakieś śmieci i inne. Na jego ustach widniał szeroki uśmiech czując dookoła zapach swojego pana, który uwielbiał. Szybkim krokiem dobiegł do sterty ubrań po czym rzucił się w nią na plecy, tarzając. Śmiał się, mrucząc jednocześnie. Był tak szczęśliwy. Było mu tak dobrze.
     Siedział przed wielkim telewizorem, stojącym, na niskiej szafce przed nim. Patrzył na nią przekrzywionym łebkiem. Nie miał pojęcia co to takiego do końca jest. Wiedział jedynie, że poruszały się w nim postacie, ale dlaczego tym razem tak nie było?
     Patrzył w ciemny ekran, ściągając usta w cienką linię. Po chwili zamiauczał głośno sądząc, że to coś da, ale nie. Ekran nadal był czarny.
Podniósł się na kolanach, pazurkami drapiąc ekran. Jego ogon zaczął falować w powietrzu - denerwował się.
     Gdy chciał opaść dłońmi na ziemię, zahaczył palcem o wystający z urządzenia przycisk, a na ekranie rozległ się szybko poruszający obraz oraz usłyszał dość dziwne dla niego dźwięki. Jego wargi mimowolnie się rozchyliły, a źrenice powiększyły do granic możliwości.


****


      Minho wchodząc po schodach na piętro usłyszał dźwięki przypominające orgię, które często słyszał w pokoju Jonghyun'a. Ruszył szybko w tamtym kierunku i jak się okazało odgłosy faktycznie dochodziły z pokoju Kim. Otworzył jednym ruchem drzwi i pierwsze co przykuło jego widok to lecące gejowskie porno na telewizorze. Podszedł do niego i szybkim ruchem wyjął wtyczkę z kontaktu, a obraz zniknął.
     - Jak to się...? - zaczął cicho pod nosem, gdy w rogu pokoju zobaczył drżące ciało Key. - Kotek - ruszył w jego kierunku i uklęknął przed nim, a ten mocniej wbił się w ścianę, siedząc do niego bokiem. - Co się stało?
     - To było dziwne...to nie był ten film co wcześniej - jego głos się załamywał, a dłońmi zakrywał swoje krocze. Minho w jego oczach widział, że się bał. Wręcz był przerażony. - Ja tylko chciałem znów zobaczyć tamten film...ta skrzynka jest straszna...zrobiła mi ała - uniósł dłonie, a Choi spojrzał na krocze Key gdzie jego bokserki były wypełnione. - Ja się boję.
    - Key...spokojnie. To nic... - dotknął delikatnie jego ramienia, a ten aż podskoczył z powodu dreszczy.
    - To straszne...nie rób tak więcej - patrzył na niego wielkimi oczami.
    Choi zapatrzył się w jego oczy. Piękne, brązowe, a czarna źrenica poszerzona do granic możliwości. Pochłonęły go.
    - Key...pomogę ci - szepnął do niego, chcąc odsunąć jego dłonie z zakrywającego krocza. - Będzie ci lepiej.
     - Masz plaster? - przechylił słodko łebek, a jego dłonie znalazły się już po bokach jego ciała.
     - Nie - zaśmiał się cicho Minho. - Na to nie potrzeba plastra - przesunął powoli dłonią po jego członku, a Key drgnął, zaciskając powieki.
      - Minho...to było...dziwne - podniósł na niego wzrok, a Choi powoli kontynuował czynność. Powoli, później szybciej i...Kot ugryzł silnie Minho w ramię, a jego bokserki zabrudziły się białą wydzieliną. Minho syknął, zauważając na skórze odbite ząbki kotka po czym spojrzał na niego zdziwiony. Nawet nie zdążył zrobić dziesięciu ruchów, a on już...
      - Co ty mi zrobiłeś? - zapytał cichutko kotek. Było słychać jak mruczy. - Dlaczego czuję się tak dziwnie? - warga mu drżała...cały drżał.
      Minho coś się chyba wydawało, że musi go jeszcze dużo nauczyć.
     - A gdzie mój pan? - zapytał, podnosząc się na cztery "łapki".
Fuck...


*****


      Zatrzymał samochód pod ich domem, jednak nie wyszedł z niego ani on ani Taemin. Panowała między nimi ciężka atmosfera po tym co stało się w sklepie.


     - Hyung! A to? - Taemin wskazał na pudełko jego ulubionych ciastek. - Możemy zabrać? - zapytał, patrząc na niego spod blond grzywki.
     Onew podszedł do niego i zabrał pudełko w dłoń, patrząc na nie.
     - Już dość zabrałeś słodyczy - odłożył pudełko na półkę. - Zabierzesz je następnym razem.
     - No Hyuuung - Taemin chwycił Onew za ramię, potrząsając nim. - Proszę Hyung.
     - Nie, Taemin. Masz dość ciastek już w koszyku - spojrzał na niego, a wtedy Taemin stanął na palcach i złożył delikatny pocałunek na jego ustach. Spojrzeli na siebie dużymi oczami, a młody Lee odsunął się szybko i spuścił głowę.
      - Przepraszam, Hyung.



     Onew odpiął pas i, gdy chwycił klamkę by wyjść, Taemin chwycił go za rękaw bluzy, zatrzymując.
     - Hyung - zaczął cichutko, spuszczając głowę. - Przepraszam. Nie zostawiaj mnie. Mam tylko ciebie.
     Onew odwrócił się do niego, a Lee usiadł z powrotem przodem do przedniej szyby.
     - Nie zostawiam cię. Nigdy tego nie zrobię, Minne - uśmiechnął się delikatnie.
     Taemin znów miał ochotę wpić się w pełne wargi Onew. Nie wiedział dlaczego, ale jakoś go przyciągały. Może dlatego, że nigdy innych nie dotykał? Były pierwszymi?
    Jinki uśmiechnął się jeszcze raz po czym wysiadł i ruszył do bagażnika samochodu.
Taemin spojrzał w kierunku domu, w którym mieszkali, i poczuł złość. W jego głowie znów pojawił się widok Minho i Key.
Wyszedł szybko z samochodu, pobiegł na jego tył, chwycił Onew za bluzę i znów pocałował jego usta tym razem mocniej i śmielej, a starszy opuścił na ziemię trzymaną w dłoni reklamówkę.


***


     Minho zszedł ze schodów, zostawiając Key już w spokoju. On znowu zaczął się tarzać po pokoju Jonghyun'a. Nie ukrywał zdenerwowania. Kot w ogóle nie zwracał na niego uwagi.
Wszedł do kuchni i nalewając sobie wody do szklanki, spojrzał przez okno nad kuchennym blatem, które dawało widok na ulicę. Otworzył szeroko oczy widząc to, czego nigdy by się nie spodziewał. Onew i Taemin całowali się przy samochodzie. Odwrócił gwałtownie wzrok nie chcąc tego oglądać i zamknął oczy. Zabolało go bardziej niż cokolwiek innego. Jego Taemin....nie, on nigdy nie był jego.
     Chwycił szklankę z wodą i rzucił nią silnie w ścianę nad stołem. Woda prysła, a kawałki szkła rozsypały się po podłodze.


     - Hyung - szepnął Taemin, przebudzając się ze snu.
     - Tak, Taemin? - zapytał Minho, patrząc na śpiącą twarz Lee, która podniosła się z jego torsu. Leżeli przytuleni na kanapie po tym jak Taemin zasnął oglądając z Minho film.
      - Jesteś tu - na jego małych usteczkach pojawił się delikatny uśmiech po czym jego głowa znów opadła na umięśniony tors Choi, a drobnym ciałem mocniej wtulił się w jego ciało.
      - Oczywiście, że tu jestem.
     - I bądź już zawsze. Obiecujesz?

     - Obiecuję.



C.D.N


wtorek, 13 sierpnia 2013

Wyniki Ankiety~

Wyniki : 



     Po dwutygodniowej ankiecie, w której chciałam dowiedzieć się jakie opowiadanie najbardziej się wam podoba wygrało "My Cat Key", które miało 35 głosów (56%). Nie spodziewałam się, że będzie miał więcej niż połowę głosów. Najpierw prowadziło dużą ilością "My twin brother", a w pewnym momencie Key kotek tak przyśpieszył, że już musiałam się brać za jego przywracanie 0.0. Oczywiście "My twin brother" nie zostanie zawieszone ponieważ też posiada jakąś cząstkę czytelników na tym blogu :) Wam też bardzo dziękuję :)

     Więc żeby nie przedłużać dziękuję bardzo, że tyle osób wzięło udział w mojej ankiecie (aż 62 *o*) i cierpliwie czekajcie aż "My cat Key" nadejdzie :) Już prawie skończony!
     Dziękuję i HWAITING!

~Hira




sobota, 3 sierpnia 2013

Współpraca z....

Witam moich czytelników :)


     Tym razem mała informacja dotycząca nowego bloga, który prowadzę z Minam~Rose
Jest dopiero nowy, więc proszę o cierpliwość i pomoc zarazem :) Dodaliśmy już pierwszą notkę nowego opowiadania "Dark Man". Mam nadziej,  że nas wesprzecie :) Zapraszam. Może akurat się spodoba :)



Z góry bardzo wam dziękuję :)



~Hira

poniedziałek, 29 lipca 2013

"My twin brother"~~Rozdział 5

Witam moich wakacyjnych leniuszków :)

     Po dość długim czasie, który także był dla mnie męczarnią, w końcu coś dodaję. Pisałam tę część przez dobre półtorej miesiąca i nie jest szczególnie ciekawe, ale jest. Przez to ciepło, wszystkie pomysły na opowiadania pojechały nad morze pluskać się w chłodnej wodzie :) Wybaczcie ;;

      Zapraszam do udziału w ankiecie po prawej stronie :) Jestem ciekawa jakie opowiadanie wybierzecie i jakie podoba wam się najbardziej. Na razie prowadzi "My Cat Key" co oznacza, że chyba będę musiała przywrócić je do powiadać trwających :) "My twin brother" ma najmniej ;; Nie podoba się wam? ;; (_ _ )

     Jeszcze raz bardzo was przepraszam za zastój i życzę miłej lektury :)

~Hira

Ps. Za jakiekolwiek błędy przepraszam bardzo ;;


______________________________________________________________

obrazek by Minam~Rose.

"My twin Brother"

Rozdział 5~



        Siedział przy swojej ławce w ciszy czytając, trzymaną w dłoniach książkę gdy do klasy wpadł Jonghyun i jak huragan usiadł przed nim, od razu się do niego odwracając.
Minho podniósł wzrok znad książki lustrując wzrokiem wielkiego banana na ustach przyjaciela:
     - A ty co taki szczęśliwy, co? - zapytał zdziwiony Minho.
     - A tak sobie - wzruszył ramionami. - Tak jakoś obudziłem się z dobrym humorem - wzruszył ramionami.
     - A-ha - Choi zmarszczył czoło i wrócił do czytania.
     Stwierdził, że już nie da rady nic przeczytać dlatego zamknął książkę i schował do torby.
     - Wiesz co, Jonghyun... - zaczął młodszy o kilka miesięcy Minho, spoglądając za okno obok siebie. - ...chciałbym ci coś powiedzieć.
    - Zamieniam się w słuch - Kim uśmiechnął się ciepło n swój sposób.
    - Więc chodzi o to, że...zależy...zależało mi na Taemin'ie, ale...
    - No co ty? Serio? - Jonghyun zaczął się śmiać. - Nie zauważyłem.
    Minho patrzył na niego wielkimi oczami. Nie wiedział za bardzo jak się w tej sytuacji zachować. On wszystko wiedział?
    - Wiedziałeś?
    - Znam cię nie od wczoraj, Minho. To widać kiedy na kimś ci zależy, a kiedy kogoś nie lubisz - śmiał się z wyłupiastej miny Choi.
   - Aha...w każdym razie chodzi mi o to, że skończyłem z tym. On się zmienił, a taki...po prostu mi się nie podoba.
   - Na prawdę? To super! - pisnął zadowolony Jonghyun, a w tym czasie zadzwonił dzwonek na lekcje.
   - A co w tym super? - zdziwił się, marszcząc czoło, a Jonghyun przybliżył się do Minho i szepnął mu na ucho.
   - Przespałem się z nim wczoraj - szepnął, a do klasy weszła nauczycielka. Jonghyun uśmiechnął się pewnie do Minho, który patrzył na niego wyłupiastymi oczami i rozwartymi do możliwości ust po czym odwrócił się w stronę tablicy.
   - Że co?! - krzyknął na cały głos.


    Siedział na korytarzu na ławce. Przez jego zachowanie po wyznaniu Jonghyun'a nauczycielka wyrzuciła go z klasy i kazała siedzieć tu do końca lekcji. Miał chwilę na spokojne przemyślenie tego, co usłyszał.
Może i stwierdził, że da sobie spokój z Lee, ale żeby od razu dochodziła do niego informacja, że jego najlepszy przyjaciel wyruchał kogoś na kim mu zależy?
    Wtedy właśnie doszło do niego, że na pewno jest coś tu nie tak. Taemin nigdy nie lubił Jonghyun'a. Pamięta, jak kiedyś nazwał go męską dziwką. Wtedy było to do niego nie podobne, ale jednak.
    Coś tu nieźle śmierdziało i nie podobało mu się to. Musiał to jak najszybciej sprawdzić.
 
    Minęło piętnaście minut samotnego siedzenia gdy zobaczył, że przez główne wejście wchodzi właśnie Taemin. Stwierdził, że nie zauważył go siedzącego na ławce dlatego poszedł wprost do swojej szafki, a Minho od razu ruszył za nim. Jego krok był pewny, a wzrok pożerał ciało młodszego od tyłu. Nie miał zamiaru być miły. Musiał wiedzieć o co tu chodzi.
   Gdy Tae otwierał szafkę, Minho chwycił go za szmaty i przybił do drzwi męskiej łazienki obok. Stanął na tyle blisko, że czuli swoje oddechy na twarzach.
   - Co ty sobie wyobrażasz, gnido? - syczał mu w twarz, gdy Taesun próbował się wyrwać.
   - Zostaw mnie - jęczał cichutko. - To boli...
   - Boli? Dopiero może zacząć boleć! - zrobił zamach dłonią, by zaraz później uderzyć z całej siły osobnika w brzuch jednak gdy spojrzał w jego oczy powstrzymał się. Oczy, w których zbierały się łzy.
   Odskoczył od niego do tyłu, lądując plecami na szafkach. Widział Taemin'a. Te same rysy, te same usta. Nie mógł i nie wierzył w to, co właśnie chciał zrobić.
   - D-dlaczego to zrobiłeś? - zapytał cichutko udając, że coś go boli. To było oczywiste, że ściemnia. Musiał, bo czuł, że wyższy zaczął coś węszyć na co nie mógł pozwolić. Musiał wziąć go na litość tak, jak zapewne zawsze robił to Taemin. - Zrobiłem ci coś? - powoli odsunął się od drzwi i wrócił do swojej szafki.
   - Boże...przepraszam. Ja nie wiem co we mnie wstąpiło.
   - Dziwnie się zachowujesz ostatnio - szeptał cicho. - To dlatego, że zmieniłem ubranie? Dlatego już mnie nie lubisz?
   - Taemin, to nie tak. Ja...
   - A jak? Chciałem wyglądać tylko lepiej, byś bardziej mnie lubił, a ty...znęcasz się nade mną - uśmiechnął się pewnie pod nosem, zamykając szafkę. Opanował się, zrobił smutną minę i odwrócił się do Choi. - Jesteś okropny - pociągnął nosem.
    Minho po prostu zrobiło się smutno i nadal nie wierzył w to co zrobił. Podszedł do chłopaka i zagarnął jego ciało w swoje silne ramiona.
   - Przepraszam - wyszeptał mu w szyję. - Przepraszam cię mocno. Nie powinienem cię krzywdzić.
   Taesun uśmiechnął się podle pod nosem. Poszło łatwiej niż myślał. Minho zbyt zależało na Taemin'ie, by stanąć przeciw niemu. W końcu byli bliźniakami.
   - I wybacz mi, że wczoraj nie przyszedłem. Musiałem pomóc mojej cioci. Zachorowała i...
   - Cioci? - zdziwił się i teraz miał już kompletny mętlik w głowie. - Słyszałem, że wczoraj spotkałeś się z Jonghyun'em.
   - Jonghyun'em? - tym razem zdziwienie było szczere, ale szybko załapało kogo mu chodzi. Przespał się z nim, ale w sumie nie wiedział jak palant ma na imię.
   - Mój przyjaciel. Chodzimy razem do klasy.
   - Byłem z ciocią. Nigdzie wczoraj nie wychodziłem - stwierdził. - Może twój przyjaciel jest zazdrosny, że mamy dobry kontakt? - nic nie było lepszą zabawą niż skłócenie najlepszych kumpli.
   - Nie sądzę, by mnie okłamywał.
   - Nie wierzysz mi?... Rozumiem - spuścił głowę.
   - Wierzę! Oczywiście, że wierzę.
   -Więc...dzisiaj może powtórzymy kawiarnię? Tym razem obiecuję, że się pojawię - uśmiechnął się tak słodko, jak tylko potrafił.
   - Pewnie - uśmiechnął się.
   - Super. To lecę na lekcję. Pa - pomachał mu i odszedł szybkim krokiem, z pewnym siebie uśmiechem na ustach.


***

   
     Lekcje tego dnia nie ciągnęły się jakąś męczarnią. Dzień w sumie był spokojny pomijając jeden mały szczegół. Nie...w sumie nie był mały. Cały dzień myślał o Taemin'ie i o tym, co rano wyznał mu Jonghyun przyprawiając go o nie mały zawał. Niby wyjaśnił sobie to z Tae, ale i tak coś mu tu śmierdziało, dlatego zgodził się na spotkanie z nim. Jonghyun nigdy nie wymyślał niestworzonych rzeczy, więc trochę go to drażniło.Wiedział to, bo z Kim znał się nie od wczoraj. Oczywiście stwierdził, i tego się trzymał, że ten nowy Lee Taemin jakoś już go nie pociąga. Wolał tego słodkiego, bezbronnego. Nie lubi jakoś...tej całej jazdy. Nie jest taki i nie przeszkadzało mu tu.
Na Jonghyun'a też jakoś teraz uważał.
Komu ufać?
     Korytarze świeciły pustkami z powodu trwającej lekcji. Stał przy swojej szafce wypakowując książki z przedmiotów, których jutro w planie nie ma gdy nagle do swojej szafki, zaraz obok szafki Minho podszedł, jego przyjaciel, Jonghyun.
     - Cześć Minho - rzucił szybko, uśmiechając się do wyższego po czym jego ciało od głowy do pasa zniknęło za drzwiczkami szafki.
     - Hej - odpowiedział mu bezinteresownie, nie zatrzymując pakowania. Zarzucił plecak na plecy, zamknął szafkę i gdy miał odejść w kierunku wyjścia ze szkoły, by udać się do domu, a później na spotkanie z Taemin'em, Jonghyun zatrzymał go chwytając za ramię.
    - Odkąd rano powiedziałem ci o Tae w ogóle się do mnie nie odzywasz - stwierdził, odwracając go do siebie przodem. - Przecież powiedziałeś...
    - Tak wiem. Powiedziałem, że taki mi się nie...
    - Więc o co chodzi? - spojrzał na niego błagalnie.
    Minho popatrzył chwilę w przestrzeń po czym wyrwał się z jego chwytu i spojrzał mu w twarz.
   - Że nie potrafię uwierzyć w to, że tak zmienił się w jeden dzień - stwierdził po czym odszedł, wychodząc ze szkoły.
    Jonghyun patrzył za nim i jakoś z niechęci przyznał mu racje. Nie da się w sumie zmienić tak naraz z jednej osobowości w drugą. To jest dość trudne zadanie. Sam kiedyś próbował dla kogoś, ale...nie za bardzo mu wyszło.
     Zamknął swoją szafkę, zarzucił torbę na ramię i ruszył w kierunku chodu Choi. Jednak po wyjściu na zewnątrz już nigdzie go nie było.


****


     Nie był to najlepszy pomysł z powodu tego, że ostatnio bardzo często pada deszcz, ale chciał spróbować. Tylko tyle mu zostało.
Wcześniej starał się krzyczeć, ale jego drobny głosik nie był usłyszany przez nikogo. Może gdyby mieszkali niżej.
      Wziął długopis w dłoń, a kartkę położył na parapecie przy otwartym oknie. Napisał pierwszą literę gdy usłyszał, że ktoś przekręca zamek z drzwiach.
     - O nie - szepnął pod nosem, a serce podskoczyło mu do gardła. Zaczął pisać tak szybko jak potrafił. Napisał zaledwie kilka słów i do tego nie wyraźnie, a chciał więcej...miał cały list w głowie już wcześniej. Nie zdążył zrobić samolocika, więc zwinął kartkę w kulkę i rzucił, obserwując jej lot.
     - Nie...nie, nie - jęczał, zawiedziony iż papierek zahaczył o wystającą gałąź jednego krzewu, zatrzymując się tam.
     - Co ty robisz? - usłyszał za sobą głos brata i szybko się odwrócił. - Odejdź od tego okna! - złapał go za jego długie włosy i rzucił na bok, przez co Tae przewrócił się na ziemię. Taesun wyjrzał przez okno, by sprawdzić czy nikogo na dole nie ma i czy Taemin nie zwrócił na siebie czyjeś uwagi. - Ty skurwysynie! - podszedł do niego, a Tae przysunął się do ściany, spuszczając głowę. Taesun uklęknął przed nim, by na niego spojrzeć. - Ktoś mógł cię przecież zobaczyć, a tego byśmy nie chcieli, prawda? - uśmiechnął się sztucznie.
     - Ty byś nie chciał - szepnął tak cichutko, że starszemu trudno było to wyłapać.
     - No i brawo - poczochrał mu włosy jakby byli kochającym się rodzeństwem. - Bo przecież ciebie już ma, prawda? Nadal zastanawiam się, jak się ciebie...
     - Przestań się nade mną znęcać, Taesun - mówił, podnosząc na niego powoli wzrok. - Będziesz miał przez to wielkie kłopoty.
     - Ja? Ha! - parsknął szybkim śmiechem po czym znowu spojrzał na niego poważnie. - Wszyscy już o tobie zapomnieli, skarbie. Teraz ja jestem Taemin.
     - Kłamiesz.
     - Ja? Jak bym śmiał. - odezwał się, spoglądając na zegarek na nadgarstku. - Właśnie idę na spotkanie z...jak mu tam leciało...Minho? Chyba tak - uśmiechnął się wrednie, a Tae podniósł gwałtownie wzrok.
    - Zostaw go w spokoju! - popchnął go i szybko wstał, pędząc w kierunku drzwi wyjściowych. Już chwycił klamkę, otworzył i już miał wyjść gdy poczuł piekący ból na policzku,przewracając się na ziemię. Dotknął palcem warg zauważając na nim krew. Łzy spłynęły mu po policzkach. Był taki bezsilny. Taesun ma rację - wszyscy o nim zapomnieli.
    - Nie ze mną takie numery.
    - Proszę...Taesun, błagam - płakał jak małe dziecko. Tak bardzo się go bał. On już nie chciał.
    - O co prosisz? - znów przed nim uklęknął.
    - Możesz mnie tu trzymać, znęcać się nade mną...co chcesz, ale błagam...zostaw Minho w spokoju - bał się nawet przetrzeć twarz. Bał się, że znowu mu coś zrobi.
   - Bardzo ciekawa propozycja, ale nie. Minho jest zbyt przystojny i seksowny, by tak obojętnie obok niego przejść. Przykro mi - wstał, chwytając na nowo swoją torbę, którą po wejściu do środka rzucił na podłogę. - A ty dlaczego się tak o niego troszczysz co? On woli tego nowego Taemin'a, wiec nie śnij tak bardzo - skłamał i wyszedł z mieszkania.
    Taemin oparł się o ścianę, przyciągając kolana do klatki piersiowej. Taesun miał rację. On...ten który zawsze był poniewierany, ludzie się nim jedynie bawili...jak mogą o nim pamiętać. Jego brat jest od niego lepszy we wszystkim...zawsze był.
Ale on tak bardzo tęsknił...za Minho, a Taesun mu go właśnie zabierał.


****


      Czy się spodziewał? W sumie to tym razem nie. Wczoraj już zdarzyła się taka sytuacja, ale nie myślał, że znowu się pojawi.
      Spojrzał na zegarek na nadgarstku gdzie godzina wskazywała piętnastą trzydzieści pięć. Opadł na oparcie krzesła, na którym siedział i rozejrzał się po kawiarni. Dopiero teraz odkąd tu był wczoraj i dziś skupił się na jej wyglądzie. Wnętrze było bardzo nowoczesne, a kolory idealnie pasowały do tego typu gastronomi - ściany koloru kawy z mlekiem z dodatkiem koloru śmietanki. Miło to sprawiać, że klienci będą mieli ochotę spróbować tego typu kawy i udało im się. Sam miał zamiar skosztować, ale nie bardzo miał humor.
     Mijały kolejne minuty, a Taemin'a nadal nie było. Spojrzał w kierunku wejścia gdy zobaczył postać w długich, rudych włosach, które swobodnie opadały na ramiona, żółty sweterek do ud z słodką myszką na piersi i zielone rurki. Serce zaczęło bić mu szybciej i gdy gwałtownie podniósł się z miejsca postać odwróciła się, a on uświadomił sobie, że to jedynie dziewczyna w wieku około szesnastki z rodzicami.
Spuścił wzrok na ziemię i opadł na krzesło, wsuwając dłoń we włosy. Tak bardzo tęsknił za tym starym Taemin'em - za jego drobnym głosikiem, słodkimi gestami, tą niewinnością. Dlaczego mu go zabrano? Dlaczego tak bardzo się zmienił?
     - Cześć Hyung - do stolika podszedł zdyszany Taemin. Ten nowy Taemin. - Wybacz za...
     - Znowu się spóźniłeś - odparł bezinteresownie Minho. Jakoś go to nie ruszyło, że młodszy się pojawił po godzinie. Zamiast tego rosła w nim złość.
    - Wiem, ja...
    - Co tym razem się stało? - spojrzał na niego wstając. - Ratowałeś biednego kotka z drzewa starszej pani? - zapytał po czym tak po prostu odszedł od niego i wyszedł.
    - Minho! - wołał za nim. - No Minho-hyung! - krzyczał, a wszyscy patrzyli na niego jak na idiotę. - Fuck! - uderzył dłonią w stolik, siadając na krześle.
    Wszystko przez tego pieprzonego Taemin'a. Zemści się...oj zemści.
    Wyjął w torby paczkę papierosów i jednego od razu zapalił, zaciągając się mocno.
    - Przepraszam... - podeszła do niego kelnerka. - Tutaj nie wolno palić.
    - Pieprz się - warknął jej w twarz po czym wyszedł z lokalu idąc...jeszcze nie wiedział dokładnie gdzie.


***


     Butelki po piwie, dym tytoniowy unoszący się w powietrzu i strzelanina "battlefield" na xbox'a 360. Tak na pierwszy rzut oka może nam się kojarzyć osoba depresyjna - rzucona przez dziewczynę lub chłopaka - albo po prostu "forever alone" jak się mówi.
    Osoba ta jednak nie jest żadną z tych wyżej wymienionych tylko najzwyczajniej na świecie dostała wielkiego lenia.Wielka willa tylko dla niego, żarcie, kanapa, plazma...czego chcieć więcej?
     - No dawaj!...Ya! Zabij go kurwa! Nooo! - krzyczał niewyraźnie, przez trzymanego w ustach papierosa, na cały salon, wymachując padem na wszystkie strony, naciskając wszystkie przyciski naraz. Tak to wygląda gdy gra się w grę pierwszy raz i nie wie się nawet o co w niej chodzi. Nagle zobaczył, jak jego postać przewraca się na ziemię i umiera. - Fuck...FUCK! - krzyknął, wyjmując papierosa z ust i opierając łokcie na kolanach. - Co za gówno - chwycił pudełko leżące na stole. - Kto w to gra? Jakaś tandeta - rzucił pudełko na ziemię po czym opadł plecami na oparcie kanapy i zjechał po nim, rozkraczając nogi. Zaciągnął się papierosem, wydmuchując dym w powietrze nad sobą.
     Usłyszał nagle pukanie do drzwi za sobą.
     - Otwarte! - krzyknął szybko ponieważ nie chciało mu się wstawać z kanapy.
     Przymknął powieki wciągając głęboko powietrze gdy nagle poczuł ciężar na nogach. Otworzył szybko oczy i zobaczył siedzącego okrakiem na jego udach Taemin'a.
     - Co ty tu robisz? - nie ukrywał zdziwienia patrząc na niego. Taesun w tej chwili wziął jego papierosa z dłoni i zaciągnął się mocno do ust po czym przybliżył do ust Jonghyun'a, cały dym do nich wdmuchując.
    - Pieprz się ze mną, Jjong - wypowiedział w jego usta, wydmuchując ostatnie resztki, poruszając przy tym  zmysłowo biodrami na jego kroczu chcąc go pobudzić. - Teraz.
    - A-ale coo...? - nie dokończył przez namiętny pocałunek młodszego chłopaka. Wpił się tak mocno w jego wargi, że Jong już nie potrafił się od niego odkleić. Zanim Jonghyun zdążył się zorientować miał już odpięte spodnie, a jedna dłoń chłopaka już wsuwała się pod materiał czarnych bokserek.
    - Co ty kombinujesz, co? - Jonghyun chwycił go silnie za włosy, odchylając szybkim ruchem jego głowę do tyłu przez co młodszy wydobył z siebie syk bólu. Przybliżył się do jego szyi, uśmiechając szatańsko. Wiedział, że nie powinien, ale tak bardzo tego chciał. - Przyszedłeś tylko po to? - mówił w jego szyję, owiewając ją gorącym oddechem, co przyprawiło chłopaka o gęsią skórkę. - Aż tak jestem...
    - Długo mam jeszcze czekać? - wysyczał przez zęby, patrząc na niego w dół.
    - Jak ty mnie potrzebujesz, kochanie - uśmiechnął się po czym zepchnął go przed siebie na ziemię, rozkraczając bardziej nogi - Działaj coś -stwierdził, zapalając kolejnego papierosa.
    - Palant! - Taesun podniósł się i uderzył go z otwartej w policzek, aż głowa odwróciła mu się na prawo, a włosy opadły na twarz. Znowu. Tak, znowu. Ostatnio gdy mieli zacząć to robić Jonghyun kazał mu obciągać, a młody się zbuntował i uderzył go. Można uznać to za rytuał?
    - Kiedyś to zrobisz - szepnął cicho do niego dość nieprzyjemnym głosem, odkładając papieros do popielniczki leżącej na kanapie obok, a po chwili gwałtownie się podniósł, chwycił go za szmaty i rzucił na stół, strącając z niego wszystkie butelki i resztę śmieci. Jednym ruchem odpiął jego spodnie i zrzucił z niego razem z bokserkami.
    - Tak, właśnie tak skarbie - Taesun przyglądał się jego poczynaniom - jak zsuwa swoje spodnie do kolan później bokserki, a później z całej siły wciska się w niego, już sztywnym członkiem, do samego końca. - Ahrr! - Taesun krzyknął na cały dom,wyginając ciało w łuk, a łokciami opierając się na stole. Jonghyun nie zatrzymywał się i poruszał się w nim tak szybko jak tylko mógł, opierając się dłońmi, bo jego obydwóch stronach. Ostatnio też nie było całej gdy wstępnej. Po prostu dla nich to była strata czasu, z której nic nie mieli. Tandetne mizianki i szeptanki, a oni woleli od razu przejść w finał.
     Taesun wiercił się pod nim z przyjemności. Ktoś inny po takim szybki wejściu mógł się od razu poskładać w bólu, a on to uwielbiał. Był już zresztą tak wyjechany, że prawie już tego nie czuł.
     Złapał się umięśnionych ramion Jjong'a, wbijając w nie paznokcie co wywoływało u starszego cichy syk.      Jonghyun chwycił członka młodszego, ściskając go w dłoni po czym zaczął poruszać na nim dłonią z szybkością tego, jak w niego wchodził. Było mu tak dobrze, że kolana się pod nim uginały. Przyjemne mrowienie całej dolnej partii ciała, a jęki i piękny widok jego twarzy w ekstazie wszystko pięknie dopełniał.
    - Jesteś taki piękny gdy jest ci dobrze - szeptał mu do ucha, przygryzając jego płatek.
    - Jong...hyun - wydobył z siebie przerywany dźwięk gdy Kim starał się jak najlepiej trafić w jego prostatę.
    - Wyglądasz jak nie ty...taki bezbronny, niewinny - drażnił językiem jego ucho, a Lee wydawał się być w całkiem innym świecie.
    - Hyung...ja zaraz... Aish! - syknął, wbijając paznokcie tym razem w jego plecy z całej siły gdy biała wydzielina rozlała się po dłoni Jonghyun'a, a zaraz później on też doszedł w jego wnętrzu wykrzykując jego imię..., a raczej nie jego. Dlaczego Taesun'a to zabolało?
    Jonghyun wyszedł z niego i opadł na kanapę za sobą. Położył głowę na oparciu kanapy, oddychając szybko. Po chwili wziął papierosa, którego zostawił w popielniczce, wkładając do ust. Czuł chłód na swoim członku, ale także jeszcze przyjemne mrowienie,którym mógł się jeszcze trochę nacieszyć. Było mu tak dobrze. Uwielbiał bezinteresowny seks. Z miłości jest do bani...skądś o tym wie...
Uniósł drugą dłoń, patrząc na nią spod przymrużonych powiek.
      - Przydało by iść ją umyć - stwierdził, widząc na niej soki młodego.
     Taesun nagle się podniósł i miał planach usiać obok Jonghyun'a, ale zamiast tego szybkie wstanie skończyło się wylądowaniem na nim. Już nie chciało mu się wstawać.
     - Dziś... byłeś ostrzejszy - stwierdził w jego szyję.
     - Dziś byłeś bardziej uległy - zaśmiał się.
     - Idiota! - uderzył go pięścią w tors. - Jesteś zajebisty, Jonghyun - wyszeptał, zamykając oczy. Jakoś było mu dobrze tak przy Jonghyun'ie....Jak go obejmował. Nigdy nie czuł czegoś takiego. Dziwne
     - Zapraszam ponownie - uśmiechnął się, buchając dymem.


****


     Leżał na łóżku, do góry brzuchem, podrzucając sobie piłką do koszykówki. Nagle usłyszał dzwonek swojej komórki i z nieuwagi piłka poturlała się gdzieś po pokoju. Wstał, podszedł do biurka gdzie owe urządzenie wibrowało i spojrzał na wyświetlacz. Numer był mu nieznany, ale i tak odebrał.
    - Słucham? - odezwał się, ruszając do wyjścia z pokoju i gdy już dotknął klamkę i miał wyjść głos odezwał się, a on zastygł.
    ~ Cześć Minho.
    - Kibum? - stwierdził, otwierając szeroko oczy.
    To nie wróżyło nic dobrego



   C.D.N